Już dawno nie cieszyłam się, że jakaś książka się skończyła. I już naprawdę dawno tak krótki tekst tak mnie nie wymęczył. "Witchborn. Córka czarownicy" Nicolasa Bowlinga miała z założenia wszystko, co jest wymagane do dobrej powieści: interesujące tło historyczne, wątek fantastyczny, delikatny romans, młodą bohaterkę i misję do wykonania. A jednak się nie udało.
Może zacznijmy od początku. "Witchborn" to opowieść o młodej dziewczynie, Alyce, która zmuszona jest uciekać z rodzinnego domu, po tym jak jej matkę oskarżono o czary i spalono na stosie. Tuż przed śmiercią kobieta wręczyła dziewczynie list z poleceniem dostarczenia go tajemniczemu mężczyźnie. Alyce wypełnia ostatnią wolę matki i rusza do Londynu. Tłem historycznym powieści jest szesnastowieczna Anglia, czas rywalizacji dwóch królowych - Elżbiety i Marii.
Co poszło nie tak?
Chyba głównym problemem tej książki jest nadmiar. Autor stara się zawrzeć w niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: wiedźmy, pościg, życie codzienne Londynu, intrygi polityczne, dwór, zakazana magia, romans... W rezultacie otrzymujemy miszmasz, karuzelę postaci, wydarzeń, wątków. Nic nie jest rozwinięte, na niczym się nie skupiamy, czas leci nam przez palce i nic się nie zmienia. Postaci pojawiają się i znikają niewiele wnosząc, wątki urywają. Nawet gdybyśmy chcieli, nie jesteśmy w stanie przywiązać się do żadnego z bohaterów, bo wszyscy traktowani są po łebkach. Mają do spełnienia jedno zadanie, po czym rozpływają się w powietrzu, są przez autora zastępowani kolejnymi. I tak w kółko. Brakuje żywych interakcji między nimi, jakiejkolwiek warstwy psychologicznej.
Kolejnym problemem jest przeskakiwanie wydarzeń. Gdy szykuje się coś ciekawego - rytuał, pościg, walka o życie z żywiołem - to nie łudźcie się, że zostanie to przedstawione. Nie. Jedyne na co możecie liczyć to łopatologiczna informacja, że coś się wydarzyło. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że Alyce ucieka z domu, w drugim, że przez miesiąc siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. A jej trafienie tam i opis przeżyć z tego okresu zamyka się w kilku zdaniach. Tak samo tłumaczy się znikanie poszczególnych bohaterów. Jedna z postaci informuje Alyce, że inna postać uciekła i nie udało jej się złapać. I tyle. Idziemy dalej.
Czytając tę książkę czułam się, jakbym czytała plan wydarzeń. Dzieje się jedno, następnie drugie, potem trzecie, a w międzyczasie miała miejsce sytuacja numer 2,5. I niestety nie mogę nazwać tego wartką akcją. Jest to po prostu odhaczanie kolejnych punktów z listy.
Kolejny punkt z listy pomyłek? Główna bohaterka. Z tak nijaką postacią nie spotkałam się już dawno. Mimo, że autor stara się przekonać czytelnika, że Alyce jest odważna i ma silny charakter, to tak naprawdę jedyne co możemy powiedzieć, to że jest bezrozumna i impulsywna, a na dodatek używa ludzi jak marionetek. Nie liczy się dla niej nikt, poza nią samą. Nawet jej relacja z Salomonem, jedyna pokazana choć odrobinę dokładniej, jest miałka. Alyce nie pokazuje uczuć, wydaje się wyprana z emocji. Ale równocześnie nie jest zimna i wyrachowana. To po prostu żywa kukła. Robi to, co robi, bo autor tak wymyślił, żeby popchnąć dalej fabułę, a nie dlatego, że ma do tego przesłanki. Znowu wspomniany wcześniej brak warstwy psychologicznej.
Brak krwistych bohaterów, skakanie po wydarzeniach, brak skupienia się na czymkolwiek, brak warstwy psychologicznej, jałowe dialogi, idiotyczne plot twisty... Czy jest tu cokolwiek wartego uwagi? Teraz Was zaskoczę - JEST. Nicolas Bowling jest absolutnym wirtuozem opisów. A dokładniej plastycznych, wręcz filmowych, opisów miasta. Pokazuje, że ma świetny warsztat, bogate słownictwo i bujną wyobraźnię. Jego Londyn jest żywy, cuchnący, dławiący, brudny, fałszywy i wstrętny. A równocześnie tak mięsisty, tak prawdziwy, tak świetnie przedstawiony, że czytelnik smakuje go wszystkimi zmysłami. Czuje jakby tam był. Bowling dał Londynowi to, czego zabrakło wszystkiemu innemu - duszę.
Jak ocenić "Witchborn"? Mało ciekawe czytadło, niewiele wnoszące do świata literatury. Nudne, męczące i bez polotu. Dużo zmarnowanych szans, dużo zaprzepaszczonych wątków. Gdyby autor poświęcił kreacji bohaterów, relacjom między nimi i opisom wydarzeń choć połowę uwagi, którą zaszczycił Londyn, byłby to naprawdę kawał dobrej powieści młodzieżowej. A tak? Trzeba jedynie westchnąć i mieć nadzieję, że przy kolejnej książce autor pokaże swój pełny potencjał.
~Silky
Może zacznijmy od początku. "Witchborn" to opowieść o młodej dziewczynie, Alyce, która zmuszona jest uciekać z rodzinnego domu, po tym jak jej matkę oskarżono o czary i spalono na stosie. Tuż przed śmiercią kobieta wręczyła dziewczynie list z poleceniem dostarczenia go tajemniczemu mężczyźnie. Alyce wypełnia ostatnią wolę matki i rusza do Londynu. Tłem historycznym powieści jest szesnastowieczna Anglia, czas rywalizacji dwóch królowych - Elżbiety i Marii.
Co poszło nie tak?
Chyba głównym problemem tej książki jest nadmiar. Autor stara się zawrzeć w niej wszystko, co tylko przyszło mu do głowy: wiedźmy, pościg, życie codzienne Londynu, intrygi polityczne, dwór, zakazana magia, romans... W rezultacie otrzymujemy miszmasz, karuzelę postaci, wydarzeń, wątków. Nic nie jest rozwinięte, na niczym się nie skupiamy, czas leci nam przez palce i nic się nie zmienia. Postaci pojawiają się i znikają niewiele wnosząc, wątki urywają. Nawet gdybyśmy chcieli, nie jesteśmy w stanie przywiązać się do żadnego z bohaterów, bo wszyscy traktowani są po łebkach. Mają do spełnienia jedno zadanie, po czym rozpływają się w powietrzu, są przez autora zastępowani kolejnymi. I tak w kółko. Brakuje żywych interakcji między nimi, jakiejkolwiek warstwy psychologicznej.
Kolejnym problemem jest przeskakiwanie wydarzeń. Gdy szykuje się coś ciekawego - rytuał, pościg, walka o życie z żywiołem - to nie łudźcie się, że zostanie to przedstawione. Nie. Jedyne na co możecie liczyć to łopatologiczna informacja, że coś się wydarzyło. W pierwszym rozdziale dowiadujemy się, że Alyce ucieka z domu, w drugim, że przez miesiąc siedzi zamknięta w szpitalu psychiatrycznym. A jej trafienie tam i opis przeżyć z tego okresu zamyka się w kilku zdaniach. Tak samo tłumaczy się znikanie poszczególnych bohaterów. Jedna z postaci informuje Alyce, że inna postać uciekła i nie udało jej się złapać. I tyle. Idziemy dalej.
Czytając tę książkę czułam się, jakbym czytała plan wydarzeń. Dzieje się jedno, następnie drugie, potem trzecie, a w międzyczasie miała miejsce sytuacja numer 2,5. I niestety nie mogę nazwać tego wartką akcją. Jest to po prostu odhaczanie kolejnych punktów z listy.
Kolejny punkt z listy pomyłek? Główna bohaterka. Z tak nijaką postacią nie spotkałam się już dawno. Mimo, że autor stara się przekonać czytelnika, że Alyce jest odważna i ma silny charakter, to tak naprawdę jedyne co możemy powiedzieć, to że jest bezrozumna i impulsywna, a na dodatek używa ludzi jak marionetek. Nie liczy się dla niej nikt, poza nią samą. Nawet jej relacja z Salomonem, jedyna pokazana choć odrobinę dokładniej, jest miałka. Alyce nie pokazuje uczuć, wydaje się wyprana z emocji. Ale równocześnie nie jest zimna i wyrachowana. To po prostu żywa kukła. Robi to, co robi, bo autor tak wymyślił, żeby popchnąć dalej fabułę, a nie dlatego, że ma do tego przesłanki. Znowu wspomniany wcześniej brak warstwy psychologicznej.
Brak krwistych bohaterów, skakanie po wydarzeniach, brak skupienia się na czymkolwiek, brak warstwy psychologicznej, jałowe dialogi, idiotyczne plot twisty... Czy jest tu cokolwiek wartego uwagi? Teraz Was zaskoczę - JEST. Nicolas Bowling jest absolutnym wirtuozem opisów. A dokładniej plastycznych, wręcz filmowych, opisów miasta. Pokazuje, że ma świetny warsztat, bogate słownictwo i bujną wyobraźnię. Jego Londyn jest żywy, cuchnący, dławiący, brudny, fałszywy i wstrętny. A równocześnie tak mięsisty, tak prawdziwy, tak świetnie przedstawiony, że czytelnik smakuje go wszystkimi zmysłami. Czuje jakby tam był. Bowling dał Londynowi to, czego zabrakło wszystkiemu innemu - duszę.
Jak ocenić "Witchborn"? Mało ciekawe czytadło, niewiele wnoszące do świata literatury. Nudne, męczące i bez polotu. Dużo zmarnowanych szans, dużo zaprzepaszczonych wątków. Gdyby autor poświęcił kreacji bohaterów, relacjom między nimi i opisom wydarzeń choć połowę uwagi, którą zaszczycił Londyn, byłby to naprawdę kawał dobrej powieści młodzieżowej. A tak? Trzeba jedynie westchnąć i mieć nadzieję, że przy kolejnej książce autor pokaże swój pełny potencjał.
~Silky
Komentarze
Prześlij komentarz