Jeżeli oglądając SAO czuliście, że gorszego rozczarowania w życiu nie doznacie, to mam dla Was świetną wiadomość. Jest jeszcze Arifureta.
Nie no, ale serio, do tej pory nie mam pojęcia jak można było wszystko tak dokumentnie spieprzyć. Bo lepszego słowa na to nie znajdę.
Ale może od początku.
Arifureta to anime z gatunku isekai wyprodukowane przez studia Asread i White Fox, a oparte na light novel autorstwa Shirakome Ryou. Pewnego dnia do równoległego świata fantasy zostaje wezwana japońska klasa. Licealiści wraz z nauczycielką, jako legendarni bohaterowie, postawieni są przed zadaniem zdobycia labiryntu. Jeden z uczniów, Nagumo Hajime, podczas walki z bossem spada na niski poziom labiryntu. Zdany sam na siebie, ranny i bezbronny, wydaje się skazany na niechybną śmierć. Postanawia jednak, że - bez względu na cenę - wyjdzie z labiryntu i wróci do domu.
Jeżeli początek Arifurety mogłabym do czegoś porównać, to byłoby to Tate no Yuusha no Nariagari. Zaskoczeni? Ja też byłam. Motyw zdrady przez członka drużyny i żądzy zemsty, która pozwala przetrwać. W drobiazgowy sposób ukazane, jak Hajime stara się przeżyć w labiryncie. Polowania, walki, zdobywanie umiejętności. Utrata złudzeń, desperacja, dorastanie. Pojawienie się bohaterki, która tworzy z Hajime naprawdę świetny balans! Dalszy rozwój, budowanie więzi, powolna zmiana - drobiny promień światła w mrokach labiryntu. Z wypiekami na twarzy oglądałam... pierwsze pięć odcinków.
![]() |
| Hajime i Yue na początku serii. Źródło grafiki: https://pl.pinterest.com/ |
I wszystko zaczęło się sypać.
Nawet nie tyle, co zaczęło się sypać. Ja się czułam jak Kojot ze Zwariowanych Melodii, który wybiegł za krawędź klifu, spojrzał w dół i zjawiskowo wyrżnął o ziemię.
Dopóki bohaterowie siedzieli w labiryncie, byłam święcie przekonana, że szykuje się seria roku. Fabuła, grafika, muzyka, a przede wszystkim ukazane emocje, były na poziomie najlepszych oglądanych przeze mnie serii. Co w takim razie sprawiło, że tak zjawiskowo spadliśmy z dziesiątego piętra uderzając twarzą o beton?
Nawet nie wiem, od czego zacząć tę karuzelę żenady. Może chronologicznie?
Dobrze, to na pierwszy ogień idzie królik. Wstawię Wam zdjęcie, żebyście wiedzieli mniej więcej, o jaki typ postaci chodzi.
![]() |
| Niektórzy mają Jeźdźców Apokalipsy, Arifureta ma cycatego królika. Oboje zwiastują płacz i zgrzytanie zębów. Albo przynajmniej walenie głową o biurko. Źródło grafiki: https://www.funimation.com/ |
Tate no Yuusha pokazało, że dołączenie do dobrego duetu innej postaci nie musi skończyć się źle. Ale w przypadku Arifurety niestety tak nie jest. Shea, bo tak to irytujące stworzenie się nazywa, zaburza świetny balans między Hajime a Yue. Przede wszystkim ta para, połączona przez wspólne przeżycia, stworzyła niepowtarzalną więź. Czuć między nimi było intensywną chemię i naprawdę liczyłam na to, że w trakcie serii relacja rozwinie się bardziej.
Ale NIE. Tworzymy harem! Przygłupi cycaty królik, zboczona smoczyca, dawne koleżanki z klasy, loli-nauczycielka i na deser dzieciak. Powoli kończy nam się miejsce w aucie.
Pomińmy worek absurdów i sytuacji nie tyle żałosnych, co po prostu wzbudzających niesmak (pierwsze spotkanie smoczycy). Ale uwolnienie dziecka z rąk handlarzy niewolników i adopcja jej? Mamy wyraźny komunikat, że jej matka prawdopodobnie nadal żyje. Sprawdzamy to? Odstawiamy do domu? Niee, po co. Zabieramy ze sobą, takie zwierzątko domowe. Co z tego, że łazimy po labiryntach, w jednym z których Hajime stracił rękę i oko. Idealne warunki do wychowywania dziecka. A sama zainteresowana? Zaczyna nazywać naszego piętnastoletniego bohatera tatą, kompletnie olewa kobietę, która ją wychowała i rusza na przygodę życia. To znaczy, po to, żeby kąpać się z nim w gorących źródłach. Pornografia dziecięca? Nie wiem o czym mówisz.
Właśnie, przygody. Pamiętacie ten motyw zemsty z początku? Nie? To tak jak autorzy. Hajime staje się chodzącą instytucją charytatywną. Pomaga wszystkim, często nic z tego nie ma, a same przygody... zgadliście, nic nie dają. Są pustym wypełnieniem czasu antenowego. Ewentualnie pretekstem do dołączenia kolejnej dziewczyny do kolekcji. Na jedno wychodzi.
Oglądając kolejne odcinki czekałam na dwie rzeczy: kolejny labirynt i konfrontacja z dawną klasą. I tak, obydwie sytuacje okazały się kolejnymi rozczarowaniami.
Po emocjach pokazanych na początku serii liczyłam na to, że w jakiś sposób odżyją one po wejściu do kolejnego labiryntu. Że ujawni się trauma Hajime. Że zostaną nam pokazane epickie walki. W końcu każdy ma gorszy moment, nie skreślajmy całego anime ze względu na cycatego królika. Co otrzymaliśmy? Dom strachów. Na poziomie takiego tworzonego przez typową klasę licealną na typowym szkolnym festiwalu w typowym school life. Na dodatek przejście go zajęło bohaterom jakieś pół godziny. Ręce opadają.
No to może chociaż konfrontacja ze zdrajcą! To musi być intensywne. E-e. Nie. Nie ma szans. Nadal mieliście nadzieję? O naiwni. Przede wszystkim - zero niespodzianek co do tożsamości zdrajcy. Najbardziej podejrzanie wyglądająca, najbardziej podejrzanie się zachowująca i dzieląca z głównym bohaterem obiekt westchnień postać? Tak, zgadliście, to on go zepchnął w przepaść. Co robi nasz bohater? Oczywiście wspaniałomyślnie mu wybacza, wcześniej ratując życie. Ktoś starał się nieudolnie ratować tę równię pochyłą, przyprawiając naszego zdrajcę o trawiące go wyrzuty sumienia... Ale wyszło to tak drętwo i martwo, że chyba lepiej byłoby, gdyby tego nie robił.
Gwóźdź do trumny? Sam główny bohater. Po wyjściu z labiryntu zapomniał wszystko, co tam przeżył. Porzucił to. Cała trauma, walka o życie, nienawiść i żądza zemsty... Wszystko zniknęło. Została postać miałka i bez wyrazu. Sztuczny macho kreujący się na bohatera.
Jak podsumować Arifuretę? Jak chodzenie na ślepo po ulicy pełnej otwartych studzienek kanalizacyjnych. Świetny początek, przez który do końca mamy nadzieję. Że ten regres jest chwilowy, że zaraz się poprawi. Przecież było tak świetnie! I tak idziemy po naszej równej drodze i co chwila wpadamy w kolejny śmierdzący dół.
Wydaje mi się, że problemem w Arifurecie jest brak pomysłu. A raczej brak pomysłu na kontynuację początkowego wątku i chęć wpasowania się w obecne trendy. Bo gdyby Hajime został taki jak na początku - zgorzkniały, dbający tylko o siebie zdobywca labiryntów, mściwy i nieufny doświadczony wojownik - to zdecydowanie byłaby to jedna z najlepszych serii jakie w życiu widziałam. A tak? Pozostaje nam tylko płakać. I udawać, że nie ma kontynuacji.
~Silky


Komentarze
Prześlij komentarz